Dystans

Z dystansu zwykle lepiej widać… Lubię swoje notatki i zapiski pamiętnikarskie, bo wracając do nich łatwiej zrozumieć swoje emocje i kontekst sytuacyjny. Wczoraj przypadkowo weszłam na swoją stronę… i regularność moich wpisów wręcz poraża 😀 A jeszcze tak niedawno nie było dla mnie żadnym problemem terminowe oddawanie tekstów… Ale to również jeden z elementów mojej obecnej perspektywy…

Chłopcy są u mnie już 291 dni… od ostatniego wpisu minęło 168.

Jeszcze rok temu zaczynałam dzień od porannej kawy i listy zadań do zrealizowania spisywanej w brulionie, a kończyłam podsumowaniem – notatką i ewentualnym przekładaniem niezrealizowanych zadań, co było raczej rzadkie… Teraz mam wrażenie, że doba jest za krótka. Zadania do realizacji spisuję na kartce, którą wkładam na szybko do torebki. Nie myślę już o realizacji dalekosiężnych zadań, ale raczej o tym by nie zapomnieć tych najbardziej prozaicznych… co kupić, co wyprać, co zamówić, który termin przełożyć, kupić lekarstwa, załatwić naprawę no i jeszcze praca… Już na etapie planowania wiem, że tego wszystkiego nie da się ogarnąć.. I co? I nic… Z bliska wydaje się to wszystko chaotyczne, karkołomne i zwariowane. Działania między próbą trzymania się planu (pobudka, pieluchy, śniadanie, lekarstwa, mycie zębów, ubranie, wysłanie do przedszkola, praca, praca, praca, zakupy, inne planowane rzeczy, odebranie z przedszkola, zabawy, gry, szlaczki, puzzle, kolacja, lekarstwa, mycie, usypianie, spacer z psem, sprzątanie, pranie, praca… padam), a spontanicznym reagowaniem na nieprzewidziane zdarzenia (rozbita głowa, rozwalony rower, obgryzione buty, wywrotka do kałuży 5 minut przed planowanym wyjściem, połamane okulary, podeptane kolejne okulary, wepchanie do ucha drobnego elementu w czasie zajęć przedszkolnych…). Ze środka wydaje się czasem, że dzień wygląda jak ciągła praca w kieracie. Więc dlaczego jest dobrze?

Dzisiaj wracam do swoich zapisków i rozglądam się wokół… Chociaż przez chwilę próbuję spojrzeć z dystansu…

Hmmm… dom jest zadbany i ciepły jak nigdy wcześniej gdy byłam sama, lodówka zawsze pełna, przeżywaliśmy andrzejkowe wróżby i bal przebierańców, pierwszy raz od lat założyłam lampki na choinkę przed domem, święta Bożego Narodzenia były magiczne jak za czasów mojego dzieciństwa, pieczenie pierniczków, listy do Mikołaja, radość z prezentów i szukania pierwszej gwiazdki, lepienie łańcuchów choinkowych i zachwyt małych ludzi nad grającą kulą ze śniegiem i podświetlanymi domkami, wieczorne czytanie i opowiadanie bajek i poranne przytulanki w łóżku, spacery, zabawy na śniegu… i dwie uśmiechnięte buzie.

Z tej perspektywy nawet suszarka na pranie często rezydująca w salonie i chmara zabawek stojąca na wannie i wpadająca do niej, gdy tylko próbuję się zrelaksować w kąpieli, nie mają znaczenia… Jest dobrze…

A to, że czasem nie ma kiedy o tym napisać. No trudno… Jeszcze będzie na to czas…

Poza tym patrząc na pierwszy wpis widzę jak dużo się zmieniło. W maju Misiek z trudem ułożył 12 puzzli, na Mikołaja dostał 100 i układa. Wpadki z toaletą w ciągu dnia też już mu się zdarzają bardzo rzadko. Młody ruszył z mową, śpiewa „Sto lat”…

Tak z dystansu lepiej widać. Dajemy radę. Fajna z nas rodzina.

Frustracja

Od ostatniego wpisu minęły 84 dni… Od 123 dni jestem mamą zastępczą. Boże jak ten czas leci. Dzieciaki rozwijają się w sposób widoczny. Mówią… Misiek w zasadzie wszystko, niewyraźnie, czasem nie zna słów, ale już mówi. Młody też już jest komunikatywny. W większości mówi swoim narzeczem, ale ja też poszerzyłam swoje kompetencje językowe, więc potrafimy się świetnie zrozumieć. Chłopaki jeżdżą na rowerach, pływają (w kapokach oczywiści), ale ruch jest zbawienny… Rozmawiamy, bawimy się, wspólnie odkrywamy na nowo najbardziej prozaiczne elementy życia, przytulamy się i zapewniamy o wzajemnych uczuciach. Jest cudownie i koszmarnie męcząco (dla mnie oczywiście). Co rano czuję się jak na obozie survivalowym. Wieczorem, nie mam już takich refleksji – po prostu bezrefleksyjnie padam.

Wśród różnych emocji są i frustracje. Jedna z nich ma na imię odpieluchowywanie. Przychodząc z domu dziecka chłopaki mieli na sobie pampersy (a na nie wciśnięte majtki – ale to już inna opowieść). Byłam przygotowana na ten problem – teoretycznie i technicznie. Zabrakło przygotowania mentalnego. Kupiłam opakowanie jednorazowych rękawiczek i po rozmowie z inną doświadczoną mamą zastępczą wiedziałam, że nie można niczego oczekiwać tak od razu. Trzeba czasu… Taaa… Miśkowi od razu zdjęłam pampersy. Starałam się go pilnować i odsikiwać regularnie. Niestety jeśli tylko przegapiłam czas, to lał w spodnie. Zostawiony w mokrych zdawał się nie zauważać że już wszystko pływa. Najgorzej było gdy oglądał bajki. Wtedy zupełnie nie panował nad sytuacją.

-Misiek idź sikać, widzę że już Ci się bardzo chce.

-Nie! Nie! Nie!

-Misiek zaraz się posikasz! Do toalety!

(chwytam za rękę, prowadzę w stronę toalety)

-Nieeee! (płacz, krzyk, kładzenie się na podłodze…)

-Zatrzymam bajkę, ale proszę do toalety.

-Nieeee! (płacz)

60 sekund później Misiek sika na fotel…

Sytuacja powtarza się wielokrotnie. Czasem obsikany był fotel, czasem krzesło, czasem dopiero co zmienione spodnie lub następowała konieczność powrotu do domu ze spaceru… Nie wiem co mnie bardziej irytowało, to że się posikał, czy to że posikał się chwilę po tym jak kazałam mu iść do toalety… Do tego dochodziły noce, po których trzeba było zmieniać pościel, bo standardowe pieluchomajtki nie trzymały już takich ilości płynu… No ale z płynem i tak było pół biedy… Gorzej, że i problem kupy wyglądał mniej więcej tak samo. No więc frustrowaliśmy się wzajemnie. Ja ich sadzając na nocnik lub toaletę i nie puszczając do czasu zrobienia tego co ma być, oni mnie robiąc w majtki chwilę po tym jak dałam nowe lub przekonywałam, że już czas. Były jeszcze poranki, kiedy to stała zawartość pieluchy wypadała do łóżka…

Tak było przed pierwszym spotkaniem z naszą opiekunką z MOPSu. Pani miała przyjść rano, więc już wieczorem przebrałam łóżka, dopilnowałam, aby wszystko było czyste i ogarnięte… A o poranku w pokoju chłopaków cuchnęło jak szalecie miejskim. Pościel zafajdana, a oni zamiast w łazience „czytają” sobie bajeczki…

Ale poranki okazały się kluczowe. Ja ustawiłam budzik trochę wcześniej, tak by budzić się chwilkę przed chłopakami i na dzień dobry wysyłałam gagatków do łazienki. Tak w miarę szybko opanowaliśmy problem kupy. Misiek z czasem załapał też sikanie. Młody dalej walczy z tym zagadnieniem…

Ale nie tylko oni zmienili się w tym temacie. Ja nabrałam dystansu. Kupiłam większe pieluchomajtki dla Miśka, co ograniczyło ilość nocnych katastrof. Nauczyłam się sprawnie myć Młodego w umywalce. I zaczęłam ogarniać sprawę jak mama nie jak opiekunka. Nie wiem kiedy przestałam używać jednorazowych rękawiczek…

A dzisiaj jest niedziela. Pospałam nieco dłużej. Dochodzi 8. Słyszę, że już nie śpią.

– Chłopaki do łazienki! Misiek na toaletę, Młody na nocnik! – krzyczę z łóżka.

-Acha… – odpowiada Młody, po czym słyszę, że obaj biegną do łazienki… Pięć minut później z łazienki dobiegają odgłosy zabawy. No dobra… Zwlekam się obolała z łóżka… Chłopaki stoją przy umywalce i bawią się wodą.

-A dlaczego nie robicie kupy?

-Już…- odpowiada Misiek pokazując pieluchę…

-Ale obaj?!- pytam z niedowierzaniem i rezygnacją- SERIO???

-Tak – zgodnie kiwają głowami.

– O nie panowie! Tak nie będzie! Proszę po kolei pod prysznic i sami sobie myjcie te brudne pupy! A na śniadanie zamiast słodkich serków pasztet. Bo ja też mam tu z Wami niezły pasztet!

– Acha… – skomentował Młody…