Misiek rozsypał układanki. Trzy obrazki szybko go przerosły. „Ale skoro się rozsypało to trzeba poukładać! Takie są zasady!” (to oczywiście moja kwestia… nie ma jak trochę pogderać…) W orzeczeniu Miśka napisali, że nie daje rady z pięcioma elementami, ale wiem swoje… Da radę z dwunastoma. Misiek siedzi, patrzy, myśli, nie myśli… Przybiega Młody. „Ja też. Ja sam. Ja dwa”- zaczyna układać. Misiek się krzywi. „Jak ułożycie wszystkie trzy to będą deserki i bajki” (to oczywiście moja kwestia – tym razem przekupstwo… masakra…) No, ale zaczęli układać. To znaczy Młody układa. Misiek leży. Coś próbuje, ale z założeniem, że i tak się nie uda. Dwa puzzle pasują, dokłada trzeciego, też pasuje, czwarty też pasuje, ale trzeba nieco obrócić. Obraca, ale w drugą stronę. Nie pasuje. Nic nie pasuje! Rozwala trzy poprzednie. A Młody już ma początek obu obrazków. Misiek się krzywi. Młody szuka brakującego elementu. Misiek znajduje. Dokłada do obrazka Młodego. Swojego obrazka nie potrafi ruszyć. Włączam się. Zachęcam. Startujemy. Powoli. Misiek leży. Młody dopasowuje kolejnego. Nie pasuje. Ale widzę, że pasuje. Przecież z daleka widać, że pasuje. Przecież to proste. „Młody, ten kawałek pasuje, tylko dołóż go z drugiej strony” (to oczywiście moja kwestia, tym razem daję mądrą radę…). Młody próbuje z drugiej strony, ale w międzyczasie poobracał puzzla, więc nie pasuje. Patrzę z dystansu i widzę i wiem, że to proste… W ułamku sekundy w głowie dopasowuję fragmenty. Wiem, że wszystko pasuje. Ale dla chłopaków to ewidentnie trudne zadanie. Łyk kawy i refleksja… Całe moje życie jest jak dla nich te puzzle. Mnie też ciężko czasem to poukładać. Dom, praca na dwóch etatach w trzech różnych miejscach, codzienne obowiązki, dwóch przedszkolaków, dla których od 39 dni jestem rodziną zastępczą, stary ślepnący pies, dwie charakterne kotki, doradzająca mama i siostra. Był jeszcze eksmałżonek usilnie starający się o powrót… do wczoraj… gdy poinformował mnie, że zostanie tatą. No cóż od dawna wiedziałam, że jest elementem z innej układanki. Moja i tak jest skomplikowana. Codziennie ją układam. Zastanawiam się tylko, czy robię to jak Młody –  z impetem, czy jak Misiek z rezerwą i wątpliwościami we własne możliwości…

Misiek ponownie zaczyna. Bezrefleksyjnie patrzy na puzzle. Czarno to widzę… Młody przerywa układanie. Zostały mu jeszcze cztery elementy. Biegniemy z Młodym do toalety. Wracamy po krótkiej chwili. Misiek sprawnie dokłada ostatni puzzel… Hmm… A jednak. Ułożył swój obrazek. Ale tak szybko? Nieistotne. Przecież wiedziałam, że da radę.  Młody sprawnie kończy swoje. Pełny sukces. Wszystko pasuje. Wiedziałam, że pasuje.  Z dystansu lepiej widać. Patrząc z dystansu czasu, wiedzy, doświadczenia i emocji każda układanka jest prosta. Tylko, że ja nie mam tego dystansu. Siedzę w środku swojej układanki. I układam ją. Zwykle jak Młody, czasem jak Misiek… I o tym będzie ten blog.